Współczesna psychoterapia coraz częściej zmierza w stronę mierzalnych efektów, konkretnych technik i narzędzi do „naprawiania” człowieka. Chcemy wiedzieć, co działa, ile sesji będzie potrzebne, jakie wyniki uzyskamy. Ale czy w tym wszystkim nie tracimy czegoś istotnego – miejsca dla duszy?
Czy terapia może być miejscem dla duszy?
Pamiętacie Brombę z powieści Macieja Wojtyszki? To nieco większe od wiewiórki stworzonko o różowym futerku, dyplomowana specjalistka od mierzenia i ważenia. Opowiadając kiedyś o niej dziecku, przejęzyczyłam się i powiedziałam, że jest specjalistką od wierzenia i marzenia. Rozbawiło mnie to. Tak bardzo chciałabym specjalistów w tej dziedzinie. Dyskusja o psychoterapii, ustawach i usprawnieniach stała się ogólna. I czasem mam poczucie, że gdzieś w niej zagubiło się to, co procesie wspierania drugiego człowieka w cierpieniu, jest najważniejsze.
„Niewidzialność wprawia w konsternację i zakłopotanie amerykański zdrowy rozsądek i amerykańską psychologię, które wyznają podstawową zasadę, zgodnie z którą, cokolwiek istnieje, istnieje w pewnej ilości i jest mierzalne. Jeśli obraz w Twoim sercu, który przyzywa cię i wskazuje Twoje przeznaczenie, istnieje, a do tego jest silny i długotrwały, to czy ma on jakieś mierzalne właściwości? Namiętne pragnienie uchwycenia tego, co niewidzialne, widzialnymi metodami nadal motywuje psychologię, nawet jeśli to nauka, która już wiem temu zarzuciła poszukiwania duszy w różnych częściach ciała i systemach organizmu człowieka. A kiedy naukowcom nie udało się znaleźć duszy w miejscach, w których jej szukali, naukowa psychologia dała sobie również spokój z ideą duszy jako takiej.” – James Hillman: Kod duszy
Chris Robertson w artykule Soul and Soulmaking* zwraca uwagę na to, że nie wszystko, co istotne w terapii, daje się ująć w struktury, definicje i procedury. Pisze:
„Psychoterapia powinna uwzględniać wymiar duszy, który wykracza poza racjonalne diagnozy i medyczne modele, umożliwiając głębsze przeżywanie znaczeń, cierpienia i transformacji.”
Co to właściwie oznacza?
Język duszy – słowa, które prowadzą głębiej
W terapii bardzo łatwo wejść w schemat mówienia „o” czymś, zamiast „z” miejsca, które to przeżywa. Mówimy o smutku, analizujemy mechanizmy, klasyfikujemy emocje – ale czy je czujemy?
Robertson zauważa, że język duszy to nie język analizy, lecz język obrazów, metafor, ciszy i symboli.
„Słowa mogą zacierać znaczenie tego, co chcieliśmy przekazać. I tak niezdarne potykanie się naszego języka, nasza wrażliwa ekspozycja i pokorne ujawnienie duszy są obecne, gdy stajemy się dla siebie nawzajem bardziej prawdziwi.”
To dlatego w terapii czasem milczenie mówi więcej niż wiele słów. Czasem jedno zdanie, które dotyka głębokiego doświadczenia, potrafi otworzyć przestrzeń, w której coś się porusza i zmienia.
Niepewność i niejednoznaczność – niekomfortowa przestrzeń duszy
Dusza nie działa w systemie przyczynowo-skutkowym. Nie da się jej „przepracować” według określonego planu, tak jak nie da się przewidzieć, jak potoczy się sen czy mit.
Robertson pisze:
„Terapia, która nie dopuszcza niepewności i niejednoznaczności, nie daje miejsca duszy. Poszukiwanie znaczenia to nie schemat do wypełnienia, ale żywy proces, który dzieje się między ludźmi.”
Czy terapeuta powinien zawsze mieć gotową odpowiedź? A może ważniejsze jest, by umieć wytrzymać z klientem w niewiedzy – w stanie, w którym stare znaczenia już się rozsypały, ale nowe jeszcze nie powstały?
Po co nam dusza w terapii?
Jeśli terapia ma być tylko procesem naprawczym, czym różni się od coachingu, treningów rozwoju czy programów zmiany nawyków?
Dusza przynosi coś więcej – głębię, sens, opowieść, która nie tylko rozwiązuje problem, ale nadaje mu znaczenie. Robertson zauważa:
„Obecność duszy przynosi doświadczenie radości i cierpienia, rozkosz piękna i akceptację brzydoty.”
Czyli terapii nie chodzi tylko o to, by coś poprawić, ale by coś poczuć – nawet jeśli to coś jest bolesne.
Dusza w świecie, który jej nie chce
Współczesna psychologia coraz częściej eliminuje wszystko, co niemierzalne. Liczą się procedury, metody z badaniami potwierdzającymi skuteczność, mierzalne wyniki. Ale Robertson ostrzega:
„W miarę jak nasza kultura coraz bardziej oddziela się od bezpośrednich doświadczeń i wycofuje w wirtualny oraz udomowiony świat wolny od ryzyka, nieobecność duszy staje się kulturowym kryzysem.”
Czy psychoterapia ma podążać tą samą drogą? Czy będzie jeszcze przestrzenią, w której można nie wiedzieć, milczeć, szukać znaczenia w snach i metaforach, w ciszy i w pytaniach, które nie mają prostych odpowiedzi?
Może właśnie to, co niemierzalne, jest najważniejsze.
To mój głos w dyskusji o ustawie o zawodzie psychoterapeuty. Obyśmy w tym zgiełku nie zgubili tego, co najważniejsze – dobra klientów/pacjentów i psychoterapeutów/counsellorów.
Czy w Twoim doświadczeniu terapeutycznym (jako klienta lub terapeuty) było miejsce na duszę? Co to dla Ciebie znaczy – mieć w terapii przestrzeń na to, czego nie da się zmierzyć i zdefiniować?
Oglądnąć, obadać, opukać osłuchać,
Otworzyć z snu oczy, duszę odszukać,
Odsłuchać w oddechu, ogarnąć ulotne,
O! Pojąć jak proste jest to, co istotne. (A. Szczeklik)
O duszy i duchowości w psychoterapii pisałam już tutaj Gdzie jest Twoja dusza?

Uwielbiam odniesienia do literatury w twoim artykule!