Podziemia, które płoną – psychika i piroliza duszy

„Pod ziemią umieszczaliśmy zawsze to, czego się obawiamy i z czym wolelibyśmy się rozstać, ale także to, co kochamy i chcielibyśmy ocalić.”*

I. Pensylwania

Opowiem Wam o Centralii, niewielkim miasteczku położonym wśród pofałdowanych wzgórz Pensylwanii. Z drogi widać, jak ziemia oddycha. Z pęknięć w asfalcie wydobywa się ciepło – gęste, słodko–metaliczne, z domieszką siarki i spalenizny. W powietrzu unosi się zapach, którego nie da się pomylić z niczym innym, to zapach głębokiego czasu, zapach węgla.

Pod stopami – antracyt. Najtwardsza forma węgla, czarny diament Appalachów, powstały w karbonie, gdy pradawne lasy zapadły się w swoje własne cienie. Najtwardsza, najbardziej energetyczna odmiana węgla kamiennego. Głębiej są łupki, piaskowce, mułowce, złożone warstwa po warstwie, jak strony w księdze pisanej przez ciśnienie i ogień.

W 1962 roku, w czasie gdy Ameryka patrzyła w przyszłość z nadzieją, ktoś w Centralii postanowił spalić śmieci na miejskim wysypisku. Nikt nie przypuszczał, że ogień, raz obudzony, nie da się już uśpić. Antracyt stanowi paliwo dla podziemnego pożaru. Od tamtej pory Centralia płonie od środka.

Ziemia jest tu popękana i gorąca. Niektóre miejsca parują nawet zimą – biała mgła snuje się wśród pustych ulic, jak duch. Ziemia wydycha dwutlenek węgla, tlenek węgla, siarkowodór. Opary gryzą w gardło, ale też hipnotyzują. Patrząc w te dymiące szczeliny, można odnieść wrażenie, że patrzy się w płuca planety.

Geolodzy mówią o pirolizie, procesie rozkładu materii organicznej pod wpływem wysokiej temperatury, zachodzący bez dostępu tlenu. W jego trakcie węgiel, drewno czy torf nie spalają się płomieniem, lecz rozpadają na gazy, smoły i żarzące się resztki węgla. To właśnie piroliza sprawia, że ogień może trwać ukryty pod ziemią przez dziesięciolecia, przesuwając się powoli przez skały, jakby ziemia oddychała żarem. Myślę, że „ciało pamięta” – ciało Ziemi również.

Pożar pod Centralią obejmuje kilka kilometrów kwadratowych. Temperatura wewnątrz dochodzi do sześciuset stopni. Ogień przesuwa się powoli, kilka metrów rocznie, cierpliwie, uparcie. Jak ognisty kret. Przenika przez szczeliny, żywi się powietrzem, wypuszcza gazy. W niektórych miejscach ziemia się zapada, w innych pęka. Każda próba ugaszenia kończyła się fiaskiem – woda, którą wlewano w głąb, tylko rozprzestrzeniała ciepło.

Centralia nie jest już miastem, stała się procesem. Żywiołem, który odzyskał przestrzeń po człowieku. Na powierzchni pozostały tylko resztki: kilka domów, krzyże na cmentarzu, asfaltowe drogi pokryte graffiti. Rząd wysiedlił mieszkańców, wykreślił kod pocztowy. A jednak kilka rodzin zostało – jakby czuły, że ich obecność ma tu sens, że ktoś musi być świadkiem i strażnikiem. Centralia to katastrofa i proroctwo. Węgiel płonie pod ziemią, tak jak pod powierzchnią naszych decyzji tli się antropocen. To, co wydawało się martwe, okazuje się mieć własną wolę. Ziemia oddycha ogniem, a my – choć stoimy nad nią w milczeniu – jesteśmy częścią tego oddechu.

II. Śląsk

Podobny oddech ziemi wyczuwam w innym miejscu, po drugiej stronie oceanu. Nie w Appalachach, lecz na Górnym Śląsku. Tu też ziemia jest pełna pęknięć. Oddycha nierówno. Stoję u stóp jednej z hałd, które wyrastają z przemysłowego krajobrazu Katowic jak czarne kopce pamięci. Z pozoru martwe, zarosłe brzozami, lecz w środku wciąż żywe. Wystarczy pochylić się i dotknąć dłonią gruntu, jest ciepły. To ciepło nie pochodzi ze słońca.

Ziemia śląska ułożona jest warstwowo, jak opowieść, która pamięta każde stulecie wydobycia. Pierwsze wzmianki o wydobyciu węgla kamiennego na Górnym Śląsku pochodzą z XVI wieku, około 1570 roku. Pod powierzchnią ciągną się osady karbonu, skał powstałych z pradawnych, bagiennych lasów, takich samych jak te, które w Pensylwanii dały początek antracytowi. Węgiel kamienny, łupki ilaste, iły, mułowce, piaskowce – cała geologiczna symfonia ciemności i czasu. Śląsk, niczym ogromna misa, gromadził przez miliony lat to, co obumarłe, by potem człowiek mógł to wydobywać i spalać, jakby odzyskiwał światło z wnętrza ziemi.

Na tych pokładach, w wyniku dziesięcioleci eksploatacji, wyrastały hałdy, stożki odpadów pokopalnianych, mieszaniny łupków, węgla, popiołu i metali. Niektóre z nich zaczynają tlić się od środka. Zjawisko nazywa się samozapłonem. Nauka tłumaczy je reakcją utleniania resztek węgla, gdy w porowatą strukturę zwału wnika tlen. Ciepło nie ma dokąd uciec. Temperatura rośnie. Zaczyna się żarzenie. To nie ogień płomienia, lecz ukryty żar.

Na Śląsku takie miejsca rozsiane są jak pulsujące punkty na mapie podziemnego świata. W Brynowie, w Rydułtowach, w Rudzie Śląskiej. Hałda Szarlota, największa w Europie, żarzy się od wewnątrz jak serce, które nigdy nie ostyga.

Gdy wieje wiatr, czuć w powietrzu metaliczny zapach siarki i żelaza. Zdarza się, że ziemia parzy pod podeszwami butów, a w mroźne dni z jej boków unosi się para, jakby góra oddychała snem kopalń, których już nie ma. Zdarza się też, że w ciszy da się usłyszeć trzask, drobnych wybuchów gazów. Ziemia mówi językiem, którego nauczyliśmy ją niechcący.

Hałdy są pomnikami antropocenu, stratygraficznymi świadectwami ludzkiego przerostu ambicji. Skały, które przez miliony lat spoczywały w ciemności, zostały rozbite, przetworzone i wyrzucone na powierzchnię, jakby człowiek chciał odwrócić bieguny świata. Złoża, które kiedyś znajdowały się sto metrów pod ziemią, dziś leżą nad nią, dymiąc i grzejąc się od środka. To ziemia w stanie wspomnienia: pamięta dotyk kilofów, zapach oleju, hałas maszyn. To ziemia w traumie.

Kiedy patrzę na te hałdy, czuję podobne napięcie jak w Centralii, chociaż tu ogień ma inny temperament. Nie jest nieposkromiony, lecz cierpliwy. Nie wdziera się, lecz trwa. Nie przypomina apokalipsy, raczej długiego westchnienia. Ziemia pod Katowicami uczy mnie, że nawet popiół ma swoje rytmy, że geologia to nie tylko przeszłość, lecz ruch powolny, ciągłe przekształcanie, w którym nic nie jest naprawdę skończone.

Czasem, gdy słońce zachodzi nad czarnym wzgórzem Wełnowca, wyobrażam sobie w powietrzu ciepło podobne do tego, które bije spod asfaltu Centralii. I myślę, że te dwa miejsca, oddzielone oceanem, łączy jedno prawo – ziemia nie zapomina. Wszystko, co człowiek w nią wrzuci, kiedyś zaczyna płonąć od środka. Stan zapalny ziemi, jak w ludzkim ciele, kiedy drzazga wbije się głęboko. Najpierw pojawia się ciepło, potem ból, potem obrona – gorączka, która ma wypalić to, co obce. Ziemia robi to samo w swoim geologicznym tempie.

III. Ogień i pamięć

W Centralii  i na Śląsku ten sam ogień mówi w dwóch językach. Oba ognie są niewidzialne i nie do ugaszenia. Geologia, uczona w cierpliwości, nie zna pojęcia winy, zna tylko konsekwencje.

W Centralii i wchodząc na śląskie hałdy zstępuje się do tej samej przestrzeni – miejsca, w którym człowiek i skała stają się jednym procesem. Tam, gdzie węgiel oddaje ciepło, a gleba paruje wspomnieniem, kończy się granica między naturą a nami. Każdy oddech Ziemi ma swój rytm: zapalanie i gaśnięcie, stygnięcie i żar. Nasze miasta, hałdy, tunele i kopalnie to tylko chwilowe formy tego rytmu, chwilowe i złudne jak dym. Może właśnie dlatego ogień Centralii i hałd śląskich tak fascynuje: bo przypomina, że jesteśmy częścią obiegu, który nigdy nie ustaje. Węgiel, który płonie, był kiedyś liściem, korą, ciałem drzewa. Teraz jest ogniem, gazem, popiołem, a potem znów stanie się skałą. W tym sensie geologia jest najdłuższą z opowieści o przemianie. Nie piszemy jej my, jesteśmy tylko jednym z jej rozdziałów. To, że przeszkadzamy w procesie pisania tej historii, nie wyjdzie nam na dobre…

Kiedy odchodzę spod hałdy, czuję pod butami ciepło. W powietrzu unosi się zapach siarki, słodki, gorzki i znajomy. Myślę o tym, że to, co podziemne, nigdy nie jest całkiem martwe, że Ziemia tylko na chwilę daje nam swoją ciszę, zanim znów zacznie mówić.

I wtedy czuję, że Pensylwania i Śląsk oddychają razem wspólnym ogniem, który próbuje do nas mówić językiem skał i milionów lat ewolucji. To ostrzeżenie. Za pewną granicą odwrotu już nie ma. Kiedy ziemia spłonie, spłoniemy i my.

„Moim zdaniem pozostajemy w sytuacji zagrożenia zagładą gatunku, ponieważ nie możemy zawierzyć zdolności ego do ograniczenia własnej inflacji i poczucia omnipotencji. Nie ma żadnej pewności, że wzrost świadomości, w który tak bardzo wierzył Jung i wielu innych (łącznie ze mną), wystarczy do wyhamowania skłonności samobójczych naszego gatunku, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że ego samo w sobie jest organem świadomości. Problem polega na tym, że rozdymamy i idealizujemy świadomość. Nie widzimy, że jej cieniem nie jest nieświadomość, lecz pycha – świadomość oderwana od etyki i pozbawiona natchnienia, jakiego dostarcza związek z wymiarem ponadosobowym.”**

IV. Psychika i piroliza duszy

W nas także płonie ogień, który nie potrzebuje płomienia, czasem płoną pokłady pamięci. Niektóre dawno zasypane, inne wciąż aktywne – jak ogień pod hałdą, który zmienia kształt, lecz nie gaśnie. Psychika, jak ziemia, ma swoje strefy żaru. Czasem jedna myśl wystarczy, by dawne ciepło znów przebiło się na powierzchnię. To, co boli, jest często stanem zapalnym duszy – gorączką, która chce wypalić to, co nie zostało przeżyte. Tak jak ziemia próbuje wypalić to, co obce. Być może właśnie w ten sposób natura i psyche uczą nas tego samego: że spalanie jest formą pamięci, a żar – formą życia. To ogień psychiczny – wewnętrzny żar, który rozkłada stare, by mogło powstać nowe. Tak jak węgiel w głębi ziemi ulega pirolizie, tak w głębi psyche dokonuje się powolny rozkład dawnych tożsamości, przekonań, lęków. Nie da się tego zatrzymać, bo jest to proces natury, nie woli. Dusza, jak ziemia, przemienia się przez ogień.

Do napisania tego tekstu zainspirowały mnie własne doświadczenia, mój mąż, który opowiedział mi o Centralii i dwie książki:

*Robert MacFarlane, Podziemia. W głąb czasu. Przekład, Jacek Konieczny. Wydawnictwo Poznańskie.

**Jerome Bernstein: Życie na pograniczu. Ewolucja świadomości i wyzwania w leczeniu traumy. Pzekład, Tomasz Jasiński. Wydawnictwo Studiów Kulturowych Raven.

Przewijanie do góry